Towarzystwo Miłośników Historii Żychlina i Muzeum Regionalne w Kutnie zorganizowały w Kutnie spotkanie z 88-letnim Jerzym Werwńskim, więźniem niemieckiego obozu na Radogoszczu w Łodzi w 1944 roku, obozu pracy karnej na Sikawie w Łodzi skąd został odesłany do kopania okopów w Parkach koło Poddębic. Werwiński podczas II wojny światowej był nastolatkiem, który oszukał śmierć, uciekł z okopów spod Poddębic i przed wyzwoleniem wrócił do rodziny do Żychlina. O dramatycznych przeżyciach, krwi, bólu, śmierci i nieludzkich zachowaniach Polaków, Rosjan, Niemców Werwiński w ubiegły wtorek opowiadał niestety garstce ludzi , którzy chcieli poznać jego historię. Pomimo ferii zabrakło na spotkaniu w Muzeum Regionalnym młodzieży, dlatego postaramy się przytoczyć większość opowiadanej traumatycznej historii, być może młodzi gdzieś w sieci natkną się na nią i ich odmieni. Spotkanie było możliwe dzięki inicjatywie Tadeusza Kafarskiego, wiceprezesa Towarzystwa Miłośników Historii Żychlina, pasjonata, regionalisty, społecznika. - Namówiłem pana Werwińskiego na zwierzenia wojenne, wprowadziłem go do Towarzystwa Miłośników Historii Żychlina, odbyliśmy sporo spotkań w szkołach powiatu kutnowskiego. Ważne aby młodzi mieli świadomość dramatów wojennych i siły przetrwania - mówi Kafarski.- Dotarłem do informacji w Instytucie Pamięci Narodowej o nazwiskach więźniów Radogoszczy z rejonu Kutna, przekazałem cztery strony do kutnowskiego Muzeum. Mam nadzieję,że wiele jeszcze historii z przeszłości dzięki mnie zostanie ujawnionych. Jerzy Werwiński i Tadeusz Kafarski - inicjator spotkania Jerzy Werwiński opowiada: Mam 88 lat i niechętnie wracam do tych chwil. Nieraz wnuki i prawnuki mnie proszą, dziadek opowiedz, ale ciężko mi to przychodzi, wyjątek czynię dla pani Ani Wrzesińskiej z Towarzystwa Miłośników Historii Żychlina. Przez te wojenne pięć lat moje pokolenie widziało okrutną wojnę, która nas wyniszczyła. Do piekła dostałem się mając 15 lat, a dwa lata wcześniej wezwał mnie ówczesny niemiecki pośredniak pracy i skierował do pracy do gospodarstwa rolnego. Miałem więc 13 lat i pracowałem jak mężczyzna przez 18 miesięcy. 31 stycznia 1944 roku kierownik przyszedł do mnie i mówi - Jutro już do nas do pracy nie przychodź, tylko idź do pośredniaka. Było nas tam 40 osób, z Gostynina, Gąbina i zostaliśmy przewiezieni do Kutna i stąd pojechaliśmy 1 lutego do Poznania. Zostaliśmy tam zatrudnieni w nowym zakładzie AFA produkującym akumulatory. Pracowałem tam do 15 maja. Jak to chłopak młody, niedoświadczony, tęskniłem za matką. Prosiłem majstra aby mi dał przepustkę na niedzielę. Zawsze mi tłumaczył, że to wojna jest i żadnych przepustek nie ma. Jednak w niedzielę rano wstając pomyśłałem, że pojadę i poszedłem na dworzec w Poznaniu. Tam trzy kasy po jednej i po drugiej, podchodzę do jednej i błagam o bilet do Kutna. Ona pyta czy mam przepustkę, no nie mam - To uciekaj, bo tam banszuce stoją (strażnicy kolejowi w tym przypadku żandarmi - przyp. red.) W innym okienku sprzedawał mężczyzna, podszedłem, ale powiedział to samo. Rzeczywiście żandarmi stali, ale też był inny żołnierz niemiecki, może miał ze 40 lat. Trochę mówiłem po niemiecku, proszę go więc aby kupił mi bilet, dając mu 20 marek. Poszedł i kupił, bilet kosztował 9 marek i 80 fenigów i resztę mi oddał. A ja mu chciałem za przysługę dać te 10 marek, ale on krzyknął, że za dużo, ale w końcu wsadziłem mu do kieszonki munduru. Chyba trafiłem na porządnego Niemca, orientował się o co chodzi, przeprowadził mnie przez żandarmów i poczekał aż pociąg do Kutna ze mną odjechał. Między Kłodawą a Kutnem pociąg stanął w polu. Żandarmi wchodzą z jednej i z drugiej strony do wagonu i rewizja. Dochodzą do mnie, oczywiście nie miałem przepustki, nazbierali nas chyba z pięciu. Zapytałem czy mogę iść za potrzebą, a łazienka była na drugim końcu wagonu, otworzyłem drzwi i uciekłem. Na pieszo wróciłem do Żychlina. Cztery dni byłem w domu swobodny, a potem patrzymy z mamą dwóch żandarmów jedzie na rowerze, mama do mnie mówi - Patrz, może po ciebie, uciekaj. No i uciekłem. Jednak po jakimś czasie zatrzymał mnie z kolegami Niemiec, który stacjonował w szkole, trzech nas było i zamknął nas w obórce. Rosjanin, co u Niemców był w niewoli, powiedział nam przez drzwi, że Niemiec pojechał na żandarmerię. Obórka była niewysoka, pełna słomy, odbiliśmy z desek sufit, wciągnęliśmy się do góry i w nogi.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu ekutno.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas redakcja@ekutno.pl lub użyj przycisku Zgłoś komentarz