Wojciech Sumliński, dziennikarz śledczy, bohater pierwszego spotkania w Strefie Wolnego Słowa na zaproszenie Artura Fryza z Kutnowskiego Domu Kultury dał tydzień temu świadectwo wielkiej odwagi i misji prawdy przed zgromadzoną publicznością w Domu Dochodowym. Jako dziennikarz śledczy zajmował się nieodkłamaną do dziś śmiercią błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki, opublikował zeznania Jarosława Sokołowskiego "Masy" członka mafii pruszkowskiej, pierwszego w Polsce świadka koronnego, rozbił przemytniczą ośmiornicę na wschodniej granicy, rozgryzł zagadkę rurociągu donikąd firmowanego przez spółkę Megagaz i wreszcie pisał i mówił o bardzo niepokojących powiązaniach prezydenta Bronisława Komorowskiego z ludźmi wywiadu rosyjskiego i oficerami WSI. Sumliński jest autorem reportaży telewizyjnych o Wojskowych Służbach Informacyjnych, w których ujawnił między innymi fakt współpracy znanego dziennikarza Milana Subotića z WSI. Sumliński jutro ma ostatnią rozprawę z trwającego od 2008 roku procesu, w którym broni się przed zarzutem prokuratury jakoby wraz z płk. Aleksandrem L., byłym oficerem WSW, żądał od ppłk. Leszka Tobiasza 200 tys. zł w zamian za pozytywną ocenę komisji weryfikacyjnej WSI. Dodać tu trzeba, że Aleksander L. był informatorem dziennikarza. Koszmar sznurowania ust i niszczenia dziennikarza śledczego rozpoczął się 13 maja 2008 roku kiedy to funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego weszli do jego mieszkania, splądrowali je, zabrali dokumenty, pliki, książki w przygotowaniu itp. czyli jednym słowem pracę całego życia zawodowego dziennikarza. Powodem rewizji i zatrzymania Sumlińskiego okazało się pseudo podejrzenie tak absurdalne, że nikt nie jest w stanie chyba w nie uwierzyć. Otóż ABW zatrzymało Sumlińskiego za to, że za pieniądze miał oferować aneks do raportu WSI spółce Agora, wydawcy „Gazety Wyborczej”, a także miał proponować funkcjonariuszom WSI pozytywną weryfikację przed komisją ds. likwidacji WSI w zamian za łapówkę. Jak powszechnie było wiadomo Sumliński nie współpracował z GW, wręcz przeciwnie był przez jej dziennikarzy przedstawiany w złym świetle i opluwany, a jego działania deprecjonowane. Ten kuriozalny zarzut, zdaniem Sumlińskiego powstał w wyniku intrygi jego informatora Aleksandra L. i najwyższych osób w państwie i dlatego zdał sobie w pewnym momencie sprawę w areszcie wydobwyczym, że prawda się nie obroni, że punkt widzenia prokuratora może stać się niechybnie punktem widzenia sędziów. A jak wiemy po ujawnionej w tym roku dyspozycjności sędziego z Gdańska, spolegliwość wymiaru sprawiedliwości bywa nader duża i "takie wyroki" można załatwić bez mrugnięcia oka. Sądziłem, że w stosunku do mnie może nastąpić działanie w myśl zasady: jeżeli nie możesz polemizować z faktami, zawsze możesz zniszczyć wiarygodność osoby, która te fakty zebrała. Wiarygodność – nie osobę, jako taką. Jednak okazało się inaczej, chciano zniszczyć mnie i moją rodzinę -opowiada Sumliński. - To czego doświadczałem przekraczało jednak wszelką kalkulację. Byłem w szoku. Wydawało mi się że uczestniczyłem w jakiejś absurdalnej grze. Niejasną rolę, jak się okazuje odegrał w tej grze wówczas marszałek Sejmu, a teraz prezydent Bronisław Komorowski. Do dziś pozostają bez odpowiedzi pytania: Jak to możliwe, że jedna z najważniejszych osób w państwie spotyka się z byłym oficerem komunistycznych służb, który oferuje jej dostęp do tajnych dokumentów? Dlaczego, skoro marszałek z dużym opóźnieniem powiadomił o spotkaniu ABW, to śledztwo prokuratury dotyczyło nadal obietnicy Sumlińskiego przekazania aneksu do raportu WSI Agorze?
2012-10-30 13:51:58