Dwie godziny trwał protest mieszkańców Kutna w szpitalu, w związku z wtorkową śmiercią 18- miesięcznego Maciusia. Zapalić znicz przed "umieralnią", jak ludzie mówią na kutnowski szpital, przyszły rodziny, które straciły przez ostatni rok maleńkie dzieci, również te które o mały włos pożegnałyby się z nimi, ale na szczęście w innych szpitalach je odratowano. Przyszli też mieszkańcy po prostu zbulwersowani i zmęczeni tym co dzieje się w naszym szpitalu, o czym czytają w lokalnej prasie, ale też o czym słyszą coraz częściej w mediach ogólnopolskich. Na manifestację rozpaczy, żalu i gniewu przyjechały również do kutnowskiego szpitala media ogólnopolskie. Kiedy te lokalne piszą przez lata o braku nadzoru nad szpitalem, o złym w nim zarządzaniu, o wyczynach politykierskich układów, o śmierciach niewinnych dzieci i nie tylko dzieci, bo przez ostatnie kilka lat też zgłoszono do prokuratury sprawy o błędy lekarskie czy do sądu o odszkodowania, odpowiedzialne władze lub zarządy szpitala nie mają wstydu, nie robią nic, nikt nie traci swojego stanowiska, nikt nie jest zawieszany w obowiązkach. Żyjemy w Kutnie dalej, aż przyschnie, zapomni się. Ktoś powie, że jest domniemanie niewinności i nie ferujmy wyroków zanim sprawy w prokuraturach, sądach się nie pokończą. To jednak trwa bardzo długo, a mieszkańcy Kutna nie mają już siły, nie mogą już dłużej spokojnie patrzeć na marnowanie ich zdrowia, życia i pieniędzy, bo przecież płacą ZUS, płacą podatki a szpital jest publiczny i chcieliby wreszcie aby ktoś poniósł konsekwencje za trwające latami bezhołowie i robienie interesów od finansowych po polityczne w miejscu, które jest po to aby nas i nasze dzieci RATOWAĆ. Być może po tym smutnym dzisiejszym spotkaniu w szpitalu na oczach milionów Polaków za sprawą kamer telewizyjnych, komuś zrobi się wreszcie wstyd, albo ktoś poniesie konsekwencje za swoje czyny i za czyny tych, którzy mu podlegają. Przede wszystkim byliśmy dziś przed szpitalem dla Maciusia i jego rodziny. Jednak nie zabrakło też pełnych uzasadnionych pretensji, żalu i gniewu wypowiedzi cioci 6-miesięcznej Basi, która zmarła 11 stycznia 2014 r. w Kutnowskim Szpitalu Samorządowym, gdzie została przyjęta dzień wcześniej. Kiedy stan zdrowia dziecka bardzo się pogorszył, lekarze zdecydowali się na przewiezienie dziewczynki do specjalistycznego szpitala w Łodzi. Wezwana karetka transportowa przyjechała do KSS po trzech godzinach. Basia niestety zmarła. Sprawę prowadzi Prokuratura Rejonowa w Kutnie pod zwierzchnictwem Prokuratury Okręgowej w Łodzi i jest ona na pewno skomplikowana, bo na każdym etapie choroby dziecka decydowali inni lekarze. Oburzeni ludzie krzyczeli - Gdzie jest dyrektor? Gdzie jest lekarka, która nie przyjęła Maciusia do szpitala? - Oddajcie mi Maciusia! Co z nim zrobiliście? Był taki siny! - rozpaczała pani Ewa, mama Maciusia. - Ile jeszcze dzieci ma umrzeć? Macie lekarzy do dupy, dzieci wychodzą z sepsą z tego szpitala i są ratowane w łódzkich placówkach, albo tak jak Basieńka umierają - mówiła ciocia Basi. Mieszkańcy przyszli z transparentami, przekonani o tym, że za śmierć dzieci ponoszą winę lekarze, zarządy szpitala, zarząd powiatu, który jest właścicielem spółki. Najpierw przed szpitalem zapalili znicze, a potem ruszyli na Oddział Pediatryczny szukać lekarki, która przyjmowała Maciusia. Nikt kogo oczekiwali do nich nie wyszedł. Danuta Karasińska lekarka z oddziału poinformowała zebranych, że dyrektora na nim nie ma i że nie bedzie się wypowiadać, ponieważ nie było jej w poniedziałek w szpitalu. Powiedziano im też, że kobieta jest na zwolnieniu lekarskim, że nie pracuje. Dyrektor szpitala Jerzy Subczyński do nich również nie wyszedł, nie wyszedł też Grzegorz Koszada, dyrektor do spraw lecznictwa piastujący to stanowisko nieprzerwanie, pomimo wszystkich tragicznych zdarzeń - śmierci dzieci - które do dziś rozpatrywane są przez prokuraturę w Kutnie. Obaj mieli dyżury, Koszada jak się dowiedzieliśmy, udzielał pomocy poparzonemu dziecku na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. Z Oddziału Pediatrycznego kutnianie przeszli do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego. Tam czekali aż ktoś wreszcie do nich wyjdzie. Wrzało, mężczyźni byli poddenerwowani, krzyczeli, tracili głowę, rodzice Maciusia zasłabli. Między zgromadzonymi licznie ludźmi przeciskali się ratownicy medyczni, bo przecież SOR cały czas działał.
2015-02-12 21:28:14