Wczoraj w Centrum Teatru Muzyki i Tańca w Kutnie odbyło się pierwsze z nowego cyklu pt. Między słowami spotkanie z twórcami. Pomysłodawczynią i prowadzącą cykl spotkań ze znakomitościami literatury polskiej jest Aleksandra Kołodziejek, a jej pierwszym gościem była pisarka Olga Tokarczuk. Prowadzone przez Kołodziejek z dużą swobodą spotkanie było niewątpliwie zachętą do sięgnięcia po ostatnią książkę pisarki "Księgi Jakubowe" (Wydawnictwo Literackie). To ona właśnie była wielką, rewelacyjną bohaterką wieczoru. Do Rohatyna na Podolu w 1752 roku przybywają kasztelanowa Katarzyna Kossakowska i poetka Elżbieta Drużbacka. Jednym z gości na powitalnej kolacji jest miejscowy proboszcz Benedykt Chmielowski, autor pierwszej polskiej encyklopedii. Ksiądz i poetka niemal natychmiast znajdują wspólny język. Potem będą pisać do siebie długie listy. Na Podolu pojawia się też charyzmatyczny Żyd - Jakub Lejbowicz Frank, który zaczyna głosić idee dzielące społeczność żydowską. Jedni uważają Franka za heretyka, inni za Mesjasza. Zdobywa on oddanych sobie uczniów i jego sekta, ruch, idea wkrótce może odmienić bieg historii. Z historii, której uczymy się w szkołach niewiele wiemy o frankistach. Na szczęście ich losy i wpływ na świat możemy poznać nie tylko z naukowych pozycji, ale i właśnie z epickiej historycznej powieści Tokarczuk. Aleksandra Kołodziejek na początku rozmowy wspomniała o przeprowadzanym wśród odbiorców kultury w Kutnie sześć lat temu plebiscycie, to właśnie autorka m.in. "Biegunów" czy książki "Prawiek i inne czasy" została jego główną laureatką. Pożądana przez mieszkańców Kutna była tak długo, ile właśnie pisała swoją wielką powieść historyczną o losach Jakuba Franka. Jak wczoraj powiedziała pisarka, te lata musi teraz nadrabiać, bo skupienie na pisaniu Ksiąg spowodowało jej totalne wyłączenie ze świata zewnętrznego. - Ponad roku temu skończyła pani pisać "Księgi Jakubowe", przez ten czas zapewne zmieniła pani stosunek do niej. Jaka to jest teraz relacja, czy jest pani od niej uwolniona? Czy jest pani już skupiona na nowych rzeczach? - pytała prowadząca spotkanie. - Jestem w stanie przejściowym. Z radością zapominam jej szczegóły. Cieszę się, że ten moment uwolnienia nadchodzi, bo przez te lata to nie tylko była intensywna praca, bo ja pisałam po kilkanaście godzin dziennie, ale też miałam jakiś rodzaj obsesji. Nie mogłam na przykład czytać żadnych cudzych powieści, interesowało mnie tylko to co związane z XVIII wiekiem, z Żydami czyli rzeczy które kręciły się wokół powstającej książki. Rzeczywiście gdyby trwało to dłużej bałabym się o swój stan zdrowia psychicznego - odpowiedziała Olga Tokarczuk. - Cieszę się, że Księgi powoli odchodzą ode mnie. Kiedy jechałam do Państwa szeroką autostradą, gdzie jest mało bodźców, zaczęłam czuć, że już mnie interesuje coś innego, że coś innego wymyślam. Trochę się czuję, jakbym wróciła po takim długim odlocie, po długiej chorobie. To zapominanie jest zdrowym objawem. Do poprzednich książek mam podobny stosunek, one po pewnym czasie wyraźnie odchodzą ode mnie. - A moment kiedy kończyła pani Księgi był momentem ulgi czy żalu? - pytała Aleksandra Kołodziejek. - Był to moment ulgi, pod koniec pisania świadomie już nie rozwijałam wątków. Zostało tam jeszcze wiele takich punktów węzłowych, które można było pociągnąć. Kusiło mnie rozwinąć na przykład wątek żony Mickiewicza, pochodzącej z frankistów, wkroczyć wyraźniej w XIX wiek, ale jednocześnie czułam wewnętrzny opór i byłam zmęczona - mówiła pisarka. - Przekroczyłam o rok termin wydania tej książki więc byłam też już naciskana przez wydawnictwo. Po miesięcznym urlopie jaki zrobiliśmy sobie z mężem, czekali już na mnie redaktorzy, konsultanci, korekta, po kilku miesiącach dobieraliśmy ilustracje, które wcześniej zebrałam. Zaczęła się również praca z Alkiem Radomskim, który książkę składał. Alek jest tak skromny, że nawet nie pozwolił umieścić w książce swojego nazwiska, a znakomicie edytorsko tę książkę zrobił, pięknie dobrał czcionki, nawiązując do baroku, umiejętnie powkładał ilustracje.
2015-02-19 21:33:28