OPOWIEŚCI NOCY WIGILIJNEJ (Z fragmentami apokryfu ewangelii pobożnego brata Kuno von Lichtensteina odnalezionego w komturii w Quidyniu) Cóż to była za wigilia! Zaczęło się od dyskretnego wiecu wyborczego, pierwszego po czwartym zwycięstwie pan na Kutnie, z udziałem miejscowego infułata. Uroczyście otwarta została nowa samorządowa kampania „Wybory 2018”. Obadwaj mężowie, nie powiem, oszczędni byli w słowach, ale to dzięki interwencji istności wyższych, czyli aniołów, ściślej anielic powabnych. Unosiły się owe ponętne duszki w mozartowskich perukach, wdzięcznie robiąc tiulowymi skrzydeczkami - wszędzie: ponad pochodem małych Mikołajków, nad wyborczym wiecem, nad straganami i przekupniami, nad kapustą z grochem i odrobiną smażonej ryby, nad psimi zaprzęgami, ponad dziesiątkami Dziadków Mrozów dla niepoznaki nazwanych „Świętymi Mikołajami” i ubogim ludem po katach. Takoż nad „panem i plebanem”. Mniej naprzykrzały się panu Kutnowskiem, bo - jak mówili co poniektórzy - pobożniejszy. Za to infułatowi bardzo, aż musiał je odganiać św. Mikołaj czerwoną laską swoją (biskupią - głupku!). Ale bez fachowej pomocy b. kantora na wygnaniu od Świętego Jana, rady by im nie dał. Takie ci szelmy były powabne, takie oczate i zalotne, że ojej! Było tych aniołów troje: dwie samiczki i jeden samczyk - tak piękny, że pewnie płci trzeciej. I stało się, jak przepowiedział prorok Gałczyński: „Od sromu jak od gromu cierpiały aniołówny, coż, było trzech aniołów lecz siedem grzechów głównych”. Nie trudno zgadnąć, że dzięki walorom duchownym anieliczek, największe powodzenie miało – waham się to napisać ze wstydu, ale powiem, bo wiem po sobie samym: Przykazanie VI. Łamane wprawdzie tylko… myślą, ale obficie, i to jak! Więc, aby zgorszenia uniknąć na przyszłość, przestrzegam (szczególnie młodzież płci trojga) znów słowami mistrza Gałczyńskiego; „Ergo bracia najdrożsi! Boże módl się za nami! Nie radzę wam przed nocą wdawać się z aniołami”. A anielicami najbardziej. U dołu, pomiędzy nogami latał diabełek rogaty wystrojony z niemiecka we fraczek czerwony, udany, że ho! ho! Zawsze to on cieszył się, ze zrozumiałych względów, największą popularnością rodzaju ludzkiego, ale teraz – nie! Błąkał się przeganiany i opuszczony w ciemnościach przyziemnych, gdzieś pomiędzy psami, a resztkami plastikowych serwisów wigilijnych i obrzydliwie skrzeczał: - Referendum! Referendum! I czasem tylko dzieci go pocieszały, ale nieznacznie. Wzrok wszystkich - jak jeden mąż i jedna żona (tych ostatnich z innych co prawda powodów, niż ich mężów) - skierowany był ku górze, ku jasności, gdzie balansowały duszyce piękne i świetliste, przez Pana Naszego Kucierzyńskiego wynajęte, a więc, było nie było - Anioły Pańskie. I stał się cud wielki. Ludzkość miejscowa dokonała wyboru tego co w górze! Po raz pierwszy od dnia stworzenia, anielska Jasność pokonała Ciemności i Ciemności jej nie zmogły. Ni hu, hu! Przynajmniej do czasu zapalenia latarń ulicznych. Była szopa, tak wypasiona, że każdy bezdomny chętnie by się w niej zameldował na stałe. Ale gdzie tam! Zaglądam do środka - ciemno. Nie ma Niezachodzącego Słońca Równiny Kutnowskiej. Jest tylko wystawa świętych bałwanków z drewna lipowego przez kutnowskich spryciarzy sprzedawanych na zachód za ojro. Niemiec to kupuje, bo wiadomo z filmów wojennych jaki jest, choć to ani sztuka, ani tym bardziej ludowa. Rodziny Świętej nie było, bo być nie mogło, choćby z tego powodu, że przez Komisję Europejską została skierowana via Egipt do Syrii na kurację u dżichadystów. Nawet gipsowego Dzieciątka nie było. „Ani wołu, ani osła, ani żadnej rzeczy która jego jest”; nie przybył także z Aquaparku „z dawna czekany” Jańcio Wodnik od Żywej Wody (łacińskie: aqua vita; staropolskie: okowita).
2015-01-02 16:55:20